Moja przygoda z plecionką...
Od zawsze musiałam coś tworzyć. Cokolwiek, byle z potrzeby rąk i wyobraźni. Wyrosłam na tej konieczności. W świat codziennych robótek wprowadził mnie mój tato, ale przez wiele lat wciąż poszukiwałam swojej drogi.
W czasie edukacji nie zawsze był czas na bycie twórcą. Dopiero w dorosłym życiu przyszedł ten moment, kiedy mogłam wreszcie zacząć - naprawdę.
Plecionkarstwo przyszło niespodziewanie. Na początku była tylko papierowa plecionka - dostępna, tania, nie wymagała pracowni ani specjalistycznych narzędzi. Robiłam kosze, sprzedawałam je czasem na jarmarkach. To wystarczało - wtedy.
A potem pojawiła się możliwość prowadzenia warsztatów. To był przełom.
Zaczęły się festiwale, wystawy, konkursy. Pojawiła się szansa zdobycia tytułu zawodowego - i wraz z nią konieczność sięgnięcia po nowy materiał: wiklinę. Najpierw tytuł czeladnika (2018), potem mistrza (2025) - pokazały mi, jak wiele można osiągnąć, kiedy idzie się własną drogą.
Dziś łączę tradycję z eksperymentem. Wyplatam z wikliny, papieru, rattanu, sznurka, tkanin. Testuję. Odkrywam. Łamię schematy. Nie boję się sięgnąć po to, co nowe i nieoczywiste - bo dla mnie plecionkarstwo to nie tylko technika. To sposób, w jaki układam świat.